Nowe Call of Duty postanowiło w całości przenieść swych żołnierzy na front multiplayerowy. Z gry wyparował tryb fabularny dla jednego gracza, a w zamian za niego pojawił się znany i popularny tryb Battle Royale. Tym sposobem Activision postanowiło powalczyć o graczy Fortnite i PlayerUnknows Battlegrounds. Czy zabieg ten zakończył się sukcesem?

Zacznijmy jednak od początku. Tak jak wspomniałem na wstępie w Call of Duty: Black Ops 4 nie znajdziemy trybu fabularnego. Co prawda mamy możliwość zapoznania się z pewną historią, która jako tako składa się do kupy, lecz niewiele ma to wspólnego z trybem dla fabularnym. Od co, aby odblokować kolejne filmiki opowiadające fabułę należy zakończyć pojedynki z botami na mapach trybu wieloosobowego. Nie będą ukrywać, że tryb ten był niepotrzebny i jeżeli ktoś postanowi od niego zacząć przygodę z BO4 to trochę się rozczaruje.

Pozostawmy gdzieś daleko ten słaby element gry i przejdźmy do konkretów. Po włączeniu nowego Black Ops’a naszym oczom ukaże się niezbyt skomplikowane menu dające nam wybór jednego z trzech trybów zabawy. Pierwszy z nich to zwykła rozgrywka dla wielu graczy, drugi to Blackout – odpowiednim Battle Royale, a trzeci rzecz jasna to zabawa z żywymi umarłymi.

Zabawa dla wielu graczy doczekała się kilku nowości. Prócz tych znanych nam z podstawowych pojawił się skok oraz kontrola.Nie będę ukrywał, że oba z nich przypadły mi do gustu. W pierwszym pojawiamy się na mapie bez żadnego ekwipunku i z 500$ na start. Przed rozpoczęciem bitwy mamy możliwość zakupu broni, lub dodatków, albo też nie robienia nic i skupienia się na zbieraniu większej ilości zielonych na kolejne, większe zakupy. Każdy z graczy ma tu tylko jedno życie w danej rundzie. Zabójstwa rywali dają nam dodatkowy zastrzyk gotówki. W skoku głównym celem jest przejęcie torby pełnej gotówki i przeniesienia jej w miejsce ewakuacji.

Kolejnym nowym trybem jest kontrola. Przypomina ona nieco podbój z Battlefield’a, ale odbywa się na dużo mniejszą skalę. Dzięki temu, że mapy są mniejsze rozgrywka jest bardziej dynamiczna. Po przejęciu kluczowych terenów runda się kończy i następuje zamiana stron – jedna z nich broni, a druga atakuje strategiczne punkty. W tym trybie także ograniczono liczbę odrodzeń. Te jednak tyczą się całej drużyny, a nie pojedynczego żołnierza. Wygrać tu można na dwa sposoby. Pierwszy to przejęcie w całości punktów na mapie, drugi to wyzerowanie liczby żyć drużyny rywala. Pozostałe tryby nie różnią się niczym od tych, które mogliśmy ogrywać we wcześniejszych częściach Call of Duty.

W trybie dla wielu graczy zmieniona została mechanika. Możecie zapomnieć o lataniu w powietrzu i bieganiu po ścianach. Stary dobry Black Ops powrócił. Zmieniono też system używania dodatkowego ekwipunku. Od teraz rzut granatem może się odbyć tylko wtedy, gdy załaduje się on nam jako mikro moc specjalna. Zmienia to całkiem sporo – moim zdaniem na plus. Dzięki temu gra się znacznie przyjemniej, a rozgrywka nie zaczyna się od gradu granatów rzuconych w naszym kierunku.

Na dużą pochwałę zasługują tu mapy, na których rozgrywane są potyczki. Te w większości to zremasterowane mapy ze starych części gry. Activision wybrało najlepsze – zdaniem graczy – mapy serii odświeżając je i trochę ulepszając. To był strzał w dziesiątkę.

Kolejnym trybem zabawy jest szalenie popularna na całym świecie wariacja Battle Royale, która w Call of Duty: Black Ops 4 przybrała nazwę Blackout. To chyba najlepszy battleroyale w jakiego przyszło mi grać. Dopracowany, dynamiczny, wciągający, bez większych wad i dający prawdziwą frajdę. Blackout to battleroyale z prawdziwego zdarzenia. Największa frajda płynie tu z zabawy w czworo graczy. Współpraca to podstawa, a kolejne fragi będące efektem wspólnej koordynacji dają prawdziwą satysfakcję. Grać możemy tu też w pojedynkę lub w duecie, lecz nie ma co ukrywać – to już nie jest ta sama zabawa co w czwórkach. W trybie Blackout dostajemy tylko jedną mapę. Są tu pojazdy i szerokiej gamy uzbrojenie. Są tu również czasowe perki dające specjalne umiejętności – np. widzenie pojazdów przez ścianę. Mapa jest zróżnicowana, mamy tereny piaszczyste, wyspę, teren budowy i różnego rodzaju zabudowania. W niektórych miejscach spotkać możemy zombiaki. Wyeliminowanie ich wszystkich da nam ekstra broń z pełną gamą dodatków – fajna sprawa.

Po cichu liczę, że Activision nie zostawi tego trybu samego sobie w takiej tylko formie. Gracze chętnie zagrają na innych mapach. Ciekaw również jestem tego czy twórcy planują wyprawiać specjalne eventy w owym trybie. Tak czy siak Battle Royale od Acti cieszy się sporym powodzeniem. Wystarczy wejść na Twitcha i rzucić okiem na to ile osób gra w Black Ops’a i ile procent z tych osób znajduje się właśnie w Blackout.

Na koniec pozostawiliśmy sobie tryb zombi. To chyba najlepsze zombiaki od twórców Call of Duty, w które przyszło mi zagrać. Mapy są wręcz idealne, a całość zabawy sprawia naprawdę sporo frajdy. Każdy – nawet nowicjusz – znaleźć tu może coś dla siebie.  W trybie zombi zapewnia nam wybór krótkich wyzwań narracyjnych, w których praca wspólna jest kluczem do sukcesu. Dodatkowo nowością jest tryb szturmowy, który zabijaniu zombiaków w danym sektorze na czas i wbijaniu jak największego mnożnika punktów. Moją ulubioną mapą jest Voyage of Despair – zatopiony liniowiec oceaniczny, gdzie nieumarli wylatują z kabin, podczas gdy nam przychodzi desperacko poszukiwać lepszej broni. Owa plansza jest pełna tajemnic, pułapek i eastereggów, a zabawa głownie skupia się na odkrywanie i opracowywanie nowych sposobów na uniknięcie potknięć i gnijących wrogów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here