Max: The Curse of Brotherhood – recenzja

Max: The Curse of Brotherhood to kolorowa platformówka, która zadebiutowała w grudniu 2013 roku na konsoli Xbox One. Na PC i Xbox 360 trafiła pół roku później. Na premierę produkcji wydanej przez Microsoft Studios na konsoli Playstation 4 musieliśmy poczekać aż do listopada 2017, niebawem gra pojawi się również na Nintendo Switch. Nie jest to zatem najświeższa gra, jednakże posiadacze Playstation 4 mogą w końcu cieszyć się przygodami Maxa.

Ale od początku. Fabuła gry jest dziecinnie prosta, co akurat jest logicznie, bo gra jest skierowana raczej do młodszych z nas. Prezentuje się ona mniej więcej tak: Max wraca do domu, gdzie ku jego niezmiernej radości, jego młodszy brat bawi się siejąc wokół typowe dla młodszych braci zniszczenie. Wściekły chłopak postanawia znaleźć rozwiązanie w internecie. Przeczytawszy treść zaklęcia, mającego pomóc w pozbyciu się szkodnika z życia, ujrzał coś niespodziewanego. Na jego oczach Felix, młodszy brat, został wciągnięty przez portal prowadzący do innego wymiaru. Główny bohater niewiele myśląc rzucił się bratu na pomoc.

Rozgrywka opiera się na rozwiązywaniu problemów. Nie walczymy z przeciwnikami, a staramy się ich wykiwać i ominąć. Pomaga nam w tym magiczny marker, który potrafi zmieniać otaczający nas świat, tym samym ułatwiając nam podróż, czy też interakcję między elementami otoczenia. W grze czeka na nas też sporo znajdziek, musimy niszczyć oczy naszego głównego przeciwnika w nowym świecie, a także zbierać elementy medalionu naszej sojuszniczki. Historię tej dwójki pominę, żeby nie przedstawić wam całej fabuły w tej krótkiej recenzji.

Gra się nawet przyjemnie, jednak tylko do pewnego momentu. Fizyka pewnych elementów jest dla mnie nieco niedopracowana i tak na stworzone przez nas gałęzie możemy się wspiąć skacząc z platformy bezpośrednio ulokowanej pod nią, tylko wówczas, gdy wyższa gałąź ułożona jest pod odpowiednim kątem. W innych wypadkach staje się ona powierzchnią w pełni kolizyjną, a my musimy znowu tworzyć sobie drogę do celu od nowa.

To jest jednak najmniejszy problem. Wystarczy zrozumieć, że w niektórych sytuacjach musimy postąpić tak, jak założyli twórcy. Największy problem Max: The Curse of Brotherhood to poziom trudności. Chociaż nie jestem pewien, czy słowo „trudność” powinno się tu pojawiać. Zagadki bywają czasem kłopotliwe i trzeba poświęcić na nie kilkadziesiąt sekund, szczególnie, jeśli składają się z wielu składowych elementów, albo po prostu nie wiemy, że dany element otoczenia jest interaktywny. Ale co z tego, że można mieć problemy z rozwikłaniem problemu, skoro za błędy nie ma żadnych kar? Graliście w Mario? Pamiętacie co działo się po utracie życia? Rozpoczynaliśmy od nowa.” Ale to już nie jest epoka NESa.” To prawda i nie chciałbym zaczynać całego poziomu, albo nawet całego świata od początku po każdym zgonie, bo to byłoby sztuczne wydłużanie rozgrywki. Ale dlaczego nie cofnąć gracza do checkpointa, jak na przykład we wspomnianym Ori? Ginąłem tam wiele razy, ale zawsze byłem za to odpowiednio ukarany. W Max: The Curse of Brotherhood po śmierci jesteśmy cofani o jakieś 15 sekund w rozgrywce. Przed prawie każdym skokiem, przed prawie każdym przeciwnikiem, przed prawie każdym problemem, stan gry zostaje zapisany, przez co zanika uczucie wyzwania. Nie staram się, bo jak nie wyjdzie, to i tak muszę powtórzyć te dwa skoki i nic więcej się nie stanie. To całkiem fajne rozwiązanie, jeśli do konsoli usiądzie przedszkolak, ale ktoś nieco starszy od niego poczuje, że jest niepotrzebnie trzymany za rączkę, co z czasem staje się męczące.

Dla odmiany mogę pochwalić grę za oprawę audiowizualną. Muzyka nie jest monotonna i dobrze odwzorowuje to, co właśnie dzieje się na ekranie. Graficznie Max: The Curse of Brotherhood spełnia wszystkie stawiane mu wymagania. Wygląda jak kreskówka, jest kolorowa, okolice się zmieniają, od czasu do czasu otrzymujemy trochę fajerwerków. W zasadzie nie ma o czym się rozpisywać, ponieważ nie jest to produkcja AAA, a co za tym idzie, trzeba spojrzeć na nią pod innym kątem. W swojej kategorii, gra spełnia wszystkie wymagania i tylko prawdziwy malkontent mógłby narzekać na to jak ona wygląda.

GALERIA

WIDEO

Podsumowanie
Max: The Curse of Brotherhood to ładna, kolorowa i prosta platformówka. Niestety dla niektórych, w tym dla mnie, zbyt prosta. Jest to produkcja dość wciągająca, jednak po pewnym czasie osoba grająca zorientuje się, że tak naprawdę nie stawia się przed nią żadnych wyzwań i mimo popełniania błędów, nie jest za nie w żaden sposób karana. Polecam tę grę rodzicom, którzy chcą dać trochę rozrywki swoim dzieciom i ludziom, którzy chcą sobie od czasu do czasu pograć "na luzie" bez zbędnego zaangażowania
PLUSY
  • Oprawa audiowizualna
  • Ciekawa umiejętność specjalna głównego bohatera
  • Dość zajmujące problemy do rozwiązania
MINUSY
  • Zbyt prosta
  • Fabuła nie jest porywająca
7
Dobra

Dodaj komentarz

Nigdy nie publikujemy Twojego maila. Wymagane pola zostały oznaczone *

Możesz użyć tych tagów HTML.

Przypomnij hasło

Please enter your username or email address. You will receive a link to create a new password via email.