Oure – recenzja

User Rating: 8

Znaliście kiedyś kogoś takiego, co jak go mijaliście gdzieś na mieście to fajnie zamienić parę słów na szybko, lecz gdy dochodzi do dłuższych konwersacji to was męczy i niebywale irytuje? Ja akurat nie, ale jeśli tak… no to właśnie takie w skrócie jest jest Oure.

Oure jest następną produkcją studia Heavy Spectrum Entertainment Labs, czyli twórców zeszłorocznego powrotu do czasów Amigi – Shadow of the Beast. O nadchodzącej przygodzie w „chmurzastej” krainie dowiedziałem się niedługo przed premierą i od razu czułem, że czeka mnie jedno z tych dłuższych posiedzeń, które zostają na spory okres czasu w pamięci. No i jak to wyszło, spytacie? Proste, przeczytajcie recenzję.

Pierwsza godzina mnie zauroczyła. Przygoda zaczyna się od krótkiego wstępu fabularnego, z którego dowiadujemy się „o co cho”. Nasz główny bohater opowiada o swoim wymarzonym świecie, znajdującym się nad chmurami. Krainy tej strzegą Tytani. Okazuje się, że to wszystko to nie jest wymysł dziecięcego umysłu, a dziecko którym kierujemy jest wybrańcem, który musi udać się w to miejsce, by przywrócić Tytanów na ich stanowiska, iż je opuścili powoli skazując nasz świat, pod chmurami na zagładę.

Po tym wprowadzeniu odbębnić jeszcze trzeba na szybko samouczek, tłumaczący nam zasady sterowania smokiem. Nie wspomniałem o tym? No więc nasz protagonista po wejściu do obcej krainy, jako że jest wybrańcem potrafi zamienić się w smoka. Sterowanie jest bardzo proste. Podstawowy zakres ruchów obejmuje wzbijanie się wyżej, opadanie i przyspieszanie. Do tego możemy jeszcze zakręcić się w kółko, co jest pewnym odpowiednikiem radaru, bo ukazuje nam nasze cele oraz wydać z siebie dźwięk. Po wykonaniu tych kilku prostych czynności wystarczy jeszcze przejść przez drzwi i…

Oczom ukazuje się bezkresny ocean chmur naszpikowany jakimiś pradawnymi runami, filarami, świątyniami itp. Centralnym punktem jest ogromna wieża. Wszędzie dookoła porozrzucana jest masa niebieskich kul pełniących tu rolę czegoś na wzór waluty. Wydajemy je na odblokowanie banalnych „zagadek” środowiskowych, za których ukończenie dostajemy następne kule, zwiększające np. staminę albo dowiadujemy się więcej o lore tego świata. Bardzo spodobał mi się ten zabieg znany m.in. z serii Dark Souls, ponieważ historia tych krain jest bardziej złożona, niż można by wywnioskować ze wstępu.  Muszę przyznać, że ta banalna eksploracja, pomimo niewielu ciekawych czynności, sprawiała mi jakąś chorą satysfakcję i po prostu aż chciało się to robić. Myślę, że to zasługa oprawy audiowizualnej, która jest właśnie jak te chmurki dookoła: delikatna, bajkowa, sielankowa i uspokajająca. Grafika stylistyką przypomina to co widzieliśmy już w Journey, czy Aer: Memories of Old (fajna recenzja, polecam).

Nie zapominajmy jednak w jakim celu tu przybyliśmy. Musimy sprowadzić z powrotem na swoje stanowiska ośmiu Tytanów (świetnie udźwiękowionych swoją drogą, czuć od razu, że to jakieś przedwieczne stworzenia). Jak to zrobić? Należy aktywować filar, który przywoła dane stworzenie, a następnie ruszyć w pogoń za nim. Każdy z Tytanów jest latającą zagadką logiczną, zręcznościową lub logiczno-zręcznościową. Jeżeli chodzi o zagadki logiczne to nie sprawiają one jakiegoś większego problemu. Jednak w kwestii elementów zręcznościowych to ojjj…

Tu właśnie wychodzi największy mankament. Próbując wykonać trochę bardziej skomplikowane wygibasy dostawałem oczo-palco-pląsu. Kamera bywa po prostu okropnie nieintuicyjna i zaczyna wariować. Często na małych obszarach się przeskakiwała nagle z jednej strony na drugą, przez co gubiłem orientację gdzie ja jestem i co ja tu robię. Z kolei nasz smok ma pewne problemy z podstawowymi funkcjami motorycznymi. Może sterowanie nie jest tragiczne, lecz często się ze sobą nie rozumieliśmy, w wyniku czego musiałem znowu wracać do początku. Prowadziło to do tego, że niektórych Tytanów zamiast ukończyć w 5-10 minut, musiałem męczyć 20-30, bo ten cholerny gad dostawał kolejnego napadu padaczki. Jednak ten problem u mnie dotyczył tylko owych misji oraz zagadek, ponieważ powolna eksploracja dalej pozostaje przyjemnym doświadczeniem.


Oure jest bardziej ciekawostką i artystycznym doświadczeniem niż grą, co oczywiście nie jest żadnym minusem. Osobiście jestem wielkim fanem takich produkcji i należy docenić, że w czasach gdzie twórcy widzą w nas tylko cyferki i pieniądze, niektórzy wciąż próbują zaskoczyć czymś nowym i ująć za serce. Jednak koniec końców nie zostałem tak poruszony, jak na to liczyłem. Myślę, że to nie jest kwestia tych małych zgrzytów technicznych, tylko brakowało mi tu tego „pierwiastka niesamowitości”, który np. posiadała Podróż. Tego „czegoś”, co pozwoliłoby mi zapamiętać Oure na długi czas. Pomimo tego, mogę z czystym sumieniem polecić ten tytuł każdemu miłośnikowi podobnych doświadczeń. Czasami warto odpocząć sobie od hucznych produkcji AAA, a po nieudanym meczu rankingowym zamiast rzucać padem w telewizor, lepiej po prostu odpalić sobie ciekawostkę tego pokroju i pozwolić jej ukoić nerwy. No chyba, że akurat macie robić misję z Tytanem, to lepiej już odkładajcie pieniądze na nowy sprzęt.

Podsumowanie
Oure jest ciekawym doświadczeniem, które potrafi zarówno zachwycić warstwą audiowizualną oraz całkiem interesującym lore poukrywanym w otwartym świecie, jak i sfrustrować pewnymi niedociągnięciami technicznymi. Pozwala się zrelaksować i dobrze bawić podczas eksploracji, jednocześnie denerwując podczas wykonywania wątku głównego. Warto nabyć na przecenie i chociaż spróbować nurkowania w chmurach.
PLUSY
  • Udźwiękowienie
  • Grafika
  • Przyjemna eksploracja
MINUSY
  • Kamera potrafi zaszaleć
  • Chwilami nieintuicyjne sterowanie
8
Bardzo dobra

Oceń to!

2 0

Dodaj komentarz

Nigdy nie publikujemy Twojego maila. Wymagane pola zostały oznaczone *

Możesz użyć tych tagów HTML.

Przypomnij hasło

Please enter your username or email address. You will receive a link to create a new password via email.