Shadow of the Colossus – recenzja

Moda na remastery trwa w najlepsze. Shadow of the Colossus zostało wydane już na trzecią generację konsol i ma się całkiem dobrze. Zacznijmy od tego, że to mój pierwszy kontakt z grą o kolosach. Mimo, że do tej pory posiadam PS2, a PS3 przewinęło się przez moje ręce, nigdy nie miałem przyjemności zagrać w ten, jakby nie patrzeć, kultowy tytuł. Stąd moje świeże i pozbawione sentymentu spojrzenie na produkcję.

Dzień dobry!

Czy może być piękniejsze powitanie niż podniosła muzyka, piękne krajobrazy i fantastyczna budowla? Moim zdaniem ciężko o coś bardziej klimatycznego. To ogromny plus japońskich produkcji. Tworzą one tak genialny klimat, że przyjemne jest nawet bierne oglądanie tych gier. W Shadow of the Colossus poza, co tu dużo mówić, pięknem, jesteśmy wręcz zaatakowani… brakiem informacji. Tak – rozpoczynamy rozgrywkę i nie wiemy nic. Jesteśmy nie wiadomo kim, nie wiadomo gdzie i chcemy uratować od śmierci nie wiadomo kogo, w związku z czym słuchamy poleceń nie wiadomo kogo. I jest to ciekawe. Nie kierujemy aroganckim bohaterem jak Geralt, nie jesteśmy też… nikim, jak główny bohater Skyrima. Jesteśmy młodzieńcem, który ma swój cel i do niego dąży. Nikt nie zarzuca nas nadmiarem informacji. Cel, środki do jego osiągnięcia i wynik. Tylko tyle ale i aż tyle. Konwencja skrajnie różna od tego, do czego przyzwyczailiśmy się w ciągu ostatnich dziesięciu? Może i piętnastu lat, dlatego obecni gracze są podzieleni odnośnie tego czy to dobry, czy jednak niezbyt udany koncept. Ja nie mam nic przeciwko.

Ta sama mechanika dwie generacje później…

…tylko nie do końca. Mimo upływu tylu lat, gra wcale nie wydaje się być starą. Zasługą tego jest na pewno nowy system sterowania (do wyboru mamy ich kilka, w tym klasyczny). Dla mnie wariant zmodernizowany jest najwygodniejszy i nie próbowałem nawet na siłę zaprzyjaźniać się z klasycznym sterowaniem zaczerpniętym z PlayStation drugiej generacji. Nasz redakcyjny kolega, który ograł dwa poprzednie wydania gry, chwali sobie ergonomię nowego systemu, więc podejrzewam, że przy klasycznym układzie pozostaną jedynie najwytrwalsi fani oryginału. Sama rozgrywka jest intuicyjna i niezbyt trudna. Ot przyjemna zabawa, wymagająca skupienia i zaangażowania, ale raczej nie znajdzie się nikt, kto będzie rzucał padem ze zdenerwowania, a i etapów, których przejście ocierałoby się o tak zwany „try hard” próżno szukać. Przy najmniej na średnim poziomie trudności.

Gra ma proste założenia – otrzymujemy „zlecenie” na kolosa, dostajemy się do jego lokalizacji, szukamy słabych punktów, po mniej lub bardziej wymagającej sekwencji dosięgamy jego futra i zaczynamy wędrówkę ku słabym punktom, by zatopić w nich ostrze naszego miecza. Robimy to szesnaście razy. Nie znajdziemy w międzyczasie innych misji, dialogów, dzienników. Jedyną atrakcją jest strzelanie do owoców i jaszczurek, które dodają boosty naszej postaci, ale i bez tego jesteśmy w stanie sobie spokojnie poradzić.

Co należy pochwalić? Naszego wiernego towarzysza – Agro. Konie w grach to coś, co nie kojarzy się nam zbyt dobrze. Wystarczy wspomnieć o Płotce, która do swoich dziwnych przygód zapraszała każdego gracza Wiedźmina 3. Konie ze Skyrima nie podlegały prawom fizyki. W wielu innych grach, jak na przykład Assassin’s Creed, mechanika koni była uproszczona, by unikać niepotrzebnych błędów. W Shadow of the Colossus mamy do czynienia z idealnym środkiem transportu. Mimo, że nie jestem fanem koni, a na takim zwierzęciu siedziałem w życiu kilka razy, z czego raz po ukończeniu dziesiątego roku życia, to nie sposób nie docenić modelu Agro. Pięknie rozwiane włosy, postawna sylwetka, godność, z którą stawia każdy krok, sprawiają, że z wielką chęcią robię liczne zrzuty ekranu, w których główną rolę odgrywa nie sam bohater, ale jego koń.

Jeśli chodzi o wady w rozgrywce, to pojawiają się drobne problemy z celowaniem przy użyciu łuku – kamera najpierw zbliża się na głównego bohatera, a dopiero potem możęmy wycelować w przeciwnika, jednak jest to problem, który powinien zostać rozwiązany w najnowszym patchu.

Przechodząc do grafiki

Gdybym miał w ciągu trzech sekund wymienić jedną zaletę Shadow of the Colossus bez wątpienia powiedziałbym o grafice. Gra wygląda obłędnie, a jeśli nawet dla kogoś tak nie jest, to wystarczy wejść w tryb fotograficzny i dorzucić od siebie trochę filtrów, pobawić się ostrością i dobrać perspektywę. Gra jest niewyczerpywalną kopalnią epickich ujęć, z których każde można by oprawić w ramkę i powiesić w mieszkaniu jako ozdobę. Tryb fotograficzny doceniłem już w Horizon Zero Dawn, a tu daje on tyle samo frajdy, mimo, że świat jest jednak uboższy, niż w najnowszym hicie wydanym na PS4.

Chciałbym powiedzieć coś więcej na temat oprawy graficznej, ale chyba nie ma o czym mówić. Przejdę do aspektów technicznych. Gra wspiera technologię HDR oraz wyświetlanie obrazu w 4K, lecz w 30 klatkach na sekundę, a jeśli wolimy płynność, powinniśmy zdecydować się na tryb pracy w 60 fps. PlayStation 4 i PlayStation 4 Slim wyświetlają obraz jedynie w full HD i 30 fps. Wtedy rozgrywka jest jeszcze przyjemniejsza. Co ponadto? Muzyka. Muzyka, która również buduje ten fantastyczny klimat – dostosowuje się do tego, co widzimy na ekranie i w jednej chwili potrafi wprowadzić nas w inny nastrój. To naprawdę ciekawe zabiegi, które wypadają znacznie lepiej niż w konkurencyjnych produkcjach.

No dobra, posłodziłem, ale…

No właśnie, ale. Gra jest remakiem, który odrywa nas od tego, co ostatnio modne w grach, ale ma już jednak trzynaście lat, więc coś musi być w niej nie tak. Ano jest – koncepcja szesnastu walk nieprzerywanych niczym więcej. Wcześniej pisałem, że podoba mi się sam początek, który nie jest okraszony zbyt wieloma szczegółami i sami nie wiemy co, gdzie i dlaczego, jednakże brakuje mi urozmaicenia rozgrywki. Kolos – powrót, kolos – powrót, kolos i… powrót. Nawet nie musimy wracać sami, automatycznie przenosimy się do miejsca, gdzie zaczynaliśmy grę i ruszamy do kolejnego potwora. Aż prosi się o to, żeby coś, COKOLWIEK się wydarzyło. No ale niestety. Dlatego gra nadaje się na tytuł do speedrunowania – nie różni się niczym od Cupheada, w którym przechodzimy od bossa do bossa i tłuczemy ich jak najszybciej. Swoją drogą, w Shadow of the Colossus mamy wbudowany licznik czasu, który wyświetla nam najszybszy czas pokonania wszystkich kolosów, więc nie potrzeba nawet zewnętrznych aplikacji, by mierzyć czas.

Co ponadto? Może pewne braki w fizyce, która z jednej strony jest całkiem sympatyczna – model naszej postaci żywo reaguje na każdy ruch kolosa, którego futra akurat się trzyma, a z drugiej… No z mojej wiedzy wynika, że siła grawitacji powinna była działać na postać nieco inaczej. Więcej grzechów nie pamiętam.

Podsumowanie

Dla mnie, człowieka, który nijak w przeszłości nie wiązał się z którąkolwiek z odsłon Shadow of the Colossus mogę powiedzieć, że edycja na PS4 mnie urzekła. Niestety, zachwyca przede wszystkim grafiką, bo sam gameplay jest… Dobry. Nie jest zbyt długi, bo do ukończenia gry potrzeba pewnie około siedmiu, może ośmiu godzin. Czas ten można wydłużać bawiąc się w zwiedzanie świata, w którym jednak nie znajdziemy ani przeciwników, ani jakichkolwiek pobocznych aktywności, jednak jest to świetne rozwiązanie, dla osób, które lubią bawić się w trybie fotograficznym. Gra nie jest rewolucyjna. Nawet nie może taką być, przecież jest zwyczajnie stara, więc i tu nie można spodziewać się cudów. Gra nie jest też zbyt wymagająca, a do tego schemat rozgrywki jest bardzo schematyczny. Po takiej wyliczance prawdopodobnie chcielibyście zadać pytanie: dlaczego zatem w ogóle określasz rozgrywkę jako dobrą. Bo to wszystko wygląda tak źle tylko na papierze. Gdy siadam do konsoli i zaczynam polowanie na kolosy, to nie czuję sie przytłoczony wadami. To wszystko jest tak skrajnie inne, od tego, do czego przyzwyczaiły nas nowoczesne sandboxy, że wielu pewnie odpuści sobie przejście tej gry.

grę do recenzji dostarczył polski oddział Sony
Podsumowanie
Shadow of the Colossus jest jednak przede wszystkim do bólu spójny w tym, co pokazuje i nie powinniśmy nawet porównywać go do nowszych produkcji, bo to mimo wszystko całkiem osobne gałęzie gamingu. Graficznie - nie mam żadnych zastrzeżeń, mógłbym wymyślać rozbudowane epitety, które przedstawiłyby zalety wyglądu tej gry, jednak nie ma to absolutnie żadnego sensu, gra broni się sama, wystarczy spojrzeć na zrzuty ekranu.
PLUSY
  • świetny remake
  • klimat
  • fizyka Agro
  • emocjonujące starcia z Kolosami
  • muzyka
  • system sterowania zachęcający zarówno nowych graczy, jak i fanów oryginału
  • cena
MINUSY
  • bolesny schemat automatycznego powrotu
  • długość rozgrywki (jednak cena jest niższa niż za premierowy tytuł AAA)
  • braki w fizyce
8.5
Bardzo dobra

Dodaj komentarz

Nigdy nie publikujemy Twojego maila. Wymagane pola zostały oznaczone *

Możesz użyć tych tagów HTML.

Przypomnij hasło

Please enter your username or email address. You will receive a link to create a new password via email.